Wezwanie do istot kosmicznych, wiadomości z Księżyca, ufologia
Wezwanie do istot kosmicznych
26 grudnia 2004
Czasem myślę, że najpewniejszym dowodem na istnienie inteligentnego życia gdzieś w kosmosie jest to, że nikt z nich nie próbował się z nami skontaktować.
(Bill Watterson)
Jeśli nie jesteś istotą kosmiczną, ta strona nie może Cię szczególnie interesować, ponieważ nie będziesz dysponował wystarczającą technologią, by zrealizować zaproponowane tu sugestie.
Sprawa coraz bardziej się pogarsza na tym cholernym kamieniu. Im dłużej, tym gorzej. To nie tajemnica dla nikogo. Każdy chce swoje bomby atomowe i nośniki, by wyrzucić je na głowę sąsiada. ONZ straciła już wszelką władzę od chwili, gdy Amerykanie postanowili nie czekać na zgodę Rady Bezpieczeństwa, by wyruszyć do Iraku i poszukiwać „broni masowego niszczenia”. Amerykanie, mając technologiczną przewagę, której nikt nie wyobraża sobie, umożliwiającą spalenie dowolnego kraju na wybranym przez nich miejscu, osiągnęli cuda: wywołali wściekłość całego świata. W tym względzie są naprawdę imponujący.
Mam przyjaciół, którzy w końcu mówią: „Słuchaj, przestaniesz uczyć nas czegoś nowego, inaczej skończysz całkowicie zdemoralizować nas”. Ale, cholera, co mam zrobić?
Jeśli istoty kosmiczne chcieliby nam pomóc (co trzeba udowodnić – może niektórzy czekają spokojnie, aż sami się zniszczymy, by potem zajmować naszą planetę), wiemy, że napotkałyby poważny problem transferu technologicznego. Każda pomoc miałaby bardzo duże szanse przekształcić się w katastrofę, dając mnóstwo nowych pomysłów inżynierom wojskowym, którzy już mają ich wystarczająco dużo, analizując sprawę obiektów nieopisanych. Ale, drapiąc się w głowę, przypomniałem sobie pomysł, który już kiedyś przedstawiłem w formie powieści zatytułowanej „Jajko” i umieściłem go rok temu na mojej stronie. Polega on na wykorzystaniu Księżyca jako tablicy ogłoszeniowej. Nie w pełni, ale kiedy pokazuje tylko cień, a reszta jest w ciemności. Wystarczy wtedy umieścić na powierzchni silne lampy, które mogłyby tworzyć różne wiadomości.
Ma to kilka zalet. Po pierwsze – zero transferu technologicznego. Już byliśmy na Księżycu, a wszystko to można bardzo łatwo powtórzyć za pomocą rakiet i całej reszty. Druga zaleta polega na tym, że możemy dowolnie regulować poziom wiarygodności dla ludzi z Ziemi. Wystarczy grać na czasie wyświetlania wiadomości. Gdy warunki obserwacji są spełnione, liczba N osób patrzy na Księżyc przez odpowiednio mocne przyrządy optyczne (na granicy – nawet proste lornetki wystarczą). Spośród tych N osób, P < N dysponuje środkami do rejestracji fotograficznej lub na czujnikach CCD. Jeśli dodatkowo wiadomość będzie wysyłana w postaci krótkiego błysku, tylko systemy umożliwiające zatrzymanie obrazu „ujrzą” wiadomość. Przyjmijmy tę sytuację. W dniu J o godzinie H lampy błyskowe umieszczone na Księżycu wydają swój błysk, a na pewnej liczbie teleskopów obraz zostaje zarejestrowany. Wyobraźmy sobie, że wiadomość brzmi:
Hej, ludzie z Ziemi, jak się masz?
To dokładnie to, co by zaproponował Pierre Desproges, i właśnie z jego myśli się inspirowałem. Tutaj napisałem wiadomość po francusku, ale jasne, że mogłaby być zapisana w dowolnym języku. Co by się działo w porannych gazetach? Wyobraźmy sobie redakcję, która otrzymuje kontakt od klubu astronomicznego, który twierdzi, że zarejestrował wiadomość tego typu. Czy przekazałaby tę informację? Może, przedstawiając ją jako „coś zabawnego”.
W kolejnych dniach pewnie kilku amatorskich astronomów potwierdzi obserwację, a może nawet stacja bardziej oficjalna i wiarygodna dołączyłaby do tego chóru świadectw. Oczywiście, naukowcy z całego świata natychmiast zaczęliby dyskutować o manipulacji, przez Internet albo coś podobnego. Najwyżej ludzie uwierzyliby, że operację przeprowadziła jakaś nacja świata. Dlaczego nie Chińczycy, skoro rozważali powrót do eksploracji Księżyca? (mimo że ich rakiety o zasięgu 12 000 km są po prostu zaprojektowane, by osiągnąć Stany Zjednoczone).
Dyskusje trwają. NASA zostaje skonsultowana. Odpowiedź jest unikająca. Odpowiedź „nie, to nie my” wywołałaby u Amerykanów ujawnienie strategicznej niedostateczności. Dlatego we wszystkich kancelariach rządowych pojawia się odpowiedź typu „zawieszenie dymu”.
Czekamy na moment i wysyłamy kolejne wiadomości. Teraz nie możemy przewidzieć, bo wszystko zależy od reakcji operacji. Wiadomość, która brzmi:
Być może nie jesteście kochani, ale przestańcie się zabić jak głupcy
pojawiająca się codziennie w innej języku, mogła wywołać nieprzewidywalne falę mistycyzmu. Ale wiemy przynajmniej jedną rzecz. Próba odzyskania kontroli byłaby trudna.
Ten, kto kontroluje tę tablicę ogłoszeniową, jaką jest Księżyc, kontroluje planetę Ziemię. Można naprawdę wpływać na historię. Wyobraźmy sobie, że istoty kosmiczne mają dostęp do „wrażliwych” informacji i pojawia się np.:
Moje biedne dzieci, macie poważne problemy. Każdego dnia podamy imię jednego z waszych przywódców, wylosowanego przypadkowo, z jego numerem konta w Szwajcarii i majątkiem.
Panika ogólna.
Mówię to tak, ale jasne, że trzeba by rozmawiać. Jeśli istoty kosmiczne są zainteresowane, mam pole przed moim domem, które pozwoliłoby na lądowanie czegoś dość dużego, na wypadek. W przeciwnym razie powiem, że jeśli będzie mniejsze niż dziesięć–dwanaście metrów średnicy, na moim terenie, to będzie OK. Praktycznie nie mam sąsiadów, a teren jest albo otoczony drzewami, albo ukryty przed oczami przez wysoki mur lub pagórek. Mam kilka pokoi i dwie łazienki. Z moimi kolegami byłoby wystarczająco dużo osób do bardzo otwartej rozmowy na temat treści wiadomości. Oczywiście: dyskrecja gwarantowana. Myślę, że warto spróbować.
Wadą byłoby oczywiście to, że jeśli istoty kosmiczne są zamieszkane na odwróconej stronie Księżyca, co tłumaczyłoby brak znaczących misji eksploracyjnych tego ciała niebieskiego, które jest przecież niemal obok (w porównaniu z Marsa jest pięćset razy bliżej!), to pojawienie się wiadomości wywołałoby niepokojącą ciekawość całej masy państw. Mieszkańcy tych krajów domagaliby się „jak najszybszego oświetlenia tych tajemniczych wiadomości”, a tym samym skończyłaby się spokojna atmosfera kosmicznego klubu med, który istnieje poza naszymi wścibskimi spojrzeniami.
Pomyślałem o tym, ale wiecie, poza tą ideą wyświetlania czegoś na Księżycu, by przywołać ludzi do spokoju, nic więcej nie znalazłem.
10 grudnia 2004:
Mój przyjaciel Fred uważa, że jeśli istoty kosmiczne wyświetlałyby wiadomości na Księżycu, to spowodowałoby to katastrofalne konsekwencje dla ludzkości. Byłoby to np. poważne wpływy na wiary religijne.
Można też pomyśleć o falie samobójstw, którą wywołała emisja Orsona Wellesa w radiu, w której miał opisywać lądowanie istot kosmicznych na terytorium USA. Nie należy lekceważyć zdolności paniki ludzi. W tym kontekście, co robić? Istoty kosmiczne mogłyby skontaktować się z wysokimi funkcjonariuszami politycznymi lub wojskowymi. Ale słyszałem, że jeśli ci ludzie są całkowicie świadomi istnienia tych gości, to odmawiają traktować ich jako partnerów do rozmowy. To zachowanie można bardzo dobrze odczytać w serii Spielberg’a „Taken”, której ogólna treść to powolny proces prób stworzenia hybrydy między ludźmi a istotami kosmicznymi. Według tej serii, napotkane na to zjawisko, amerykańscy politycy i wojskowi mają tylko jedną myśl: zdobyć wiedzę, by uzyskać nowe „narzędzia obronne”, nie oszczędzając środków i całkowicie ignorując życie ludzkie. Gdy porównuję to do doświadczenia, które miałem w Anglii podczas konferencji w styczniu 2001 roku, która stała się punktem wyjścia mojej książki „UFO i tajne broń amerykańska”, muszę przyznać, że to wygląda na prawdę.
Sytuacja wydaje się bez wyjścia. Wysocy funkcjonariusze polityczni, wojskowi i religijni na całym świecie od lat mają przekonanie o wizytach istot kosmicznych, ale nie są gotowi zmienić nawet o włos swojego zachowania, całkowicie odmawiając rozmowy, którą im proponują.
Człowiek z ulicy ma dwa możliwe zachowania. Najgorsze – całkowita panika, najlepsze – nie może wpływać na bieg rzeczy. Problem powinien być wzięty pod opiekę przez „ludzi wiedzy”, naukowców o wyjątkowej etyce i otwartości, nawet wobec pytań, które można nazwać metafizycznymi. Mogę wymienić tylko jeden przykład: Andrieja Sacharowa, którego mam dobre powody, by sądzić, że został skontaktowany w 1966 roku (przeczytaj koniec jego przemowy przyjęcia Nagrody Nobla w 1975 roku, przeczytaną w Stokholmie przez jego partnerkę Héléna Bonaire), co skłoniło go do porzucenia wszelkiej uczestnictwa w projektach wojskowych. Był twórcą rosyjskiej bomby wodorowej, pionierem MHD, wynalazcą generatorów elektromagnetycznych z magnetostrycją, źródła energii broni mikrofalowych. Zakończył błyskawicznie karierę inżyniera, zginął śmiercią przemocą, projektując bomby o mocy 60 megaton, najpotężniejsze, jakie kiedykolwiek wybuchnęły na Ziemi, by następnie przejść do teorii kosmologii i, jakby to było przypadkiem, stworzyć teorię wszechświatów bliźniaczych. Od 1967 roku Sacharov odmówił wszelkiej uczestnictwa w projektach wojskowych i rozpoczął działania na rzecz pokoju.
Sacharov, który jednak nie zrobił wiele. Był „tylko kolejnym męczennikiem”. Ten, który był czasem aresztowany w szpitalu psychiatrycznym w Gorki, ocalił się tylko dzięki aktywnemu wsparciu swoich zagranicznych kolegów. Inni zostali szybko uciszani, zmuszani do milczenia lub zabijani.
W skrócie, według Freda, by zmienić rzeczy, potrzebowalibyśmy setki Sacharowów, połączonych jak palce jednej ręki, zdolnych do przejęcia sterów planety, która coraz bardziej się szaleje, i zaproponowania nowego modelu społeczeństwa globalnego, który byłby praktyczny.
Czy istnieją? Nic z tego nie wynika. Czy możliwe jest stworzenie realistycznego programu restrukturyzacji globalnej? To problematyczne, choć mamy wszystkie zasoby naturalne i potrzebne umiejętności, by uczynić naszą planetę rajem. Nawet jeśli istnieją ludzie o silnej etyce i solidnych kompetencjach, czy są psychologicznie zdolni do współpracy? Nic z tego nie wynika.
Wyobraźcie sobie, że jesteście istotą kosmiczną z dobrymi intencjami, zdolną przynieść nam recepty na tworzenie energii z niczego, w sposób niezanieczyszczający, przekształcanie dowolnej rzeczy w dowolną inną, czyli transmutację dowolnego atomu z tabeli Mendelejewa w inny atom, jak alchemik z przyszłości, po prostu skupiając odpowiednią ilość energii w odpowiednim miejscu. Wtedy nie ma problemów z surowcami. Nafta stałaby się przestarzała, złoto i diamenty – bezwartościowe. Nie ma problemów z odpadami: można przekształcać wszystko w hel, a pierwszy raz, gdy będziecie sprzątać, oczyścić planetę od podłogi do dachu. Dodajmy trochę wiedzy z biologii, która pozwoliłaby poprawić genom ludzki, zabraniając niektórych krzyżowań i zachęcając do innych – co w kilku pokoleniach mogłoby uczynić ludzi praktycznie odpornymi na większość chorób, które ich atakują. Cukrzyca i raka zniknęłyby jak za czaru, razem z warunkami życia, które je wywołują. Dodatkowo, ludzkość powinna mieć minimalne wiedzę z metafizyki teoretycznej, by umieścić różne nurtu religijne jako proste aspekty realności kalejdoskopowej, nieco bardziej skomplikowanej niż się spodziewano, ale nie tak bardzo, na końcu. A także, by lepiej zaakceptować śmierć, którą odmawiają desperacko wszystkie nasze społeczeństwa zachodnie.
Do kogo miałby się zwracać? Kto naprawdę ma zainteresowanie i chęć, by rzeczy się zmieniły? To wszystko przypomina mi wiadomość, którą kiedyś umieściłem na stronie głównej mojej strony:
Wyszukuję miejsce na pokładzie kosmicznej tarczy. Gotów jestem dzielić koszty
Liczba odwiedzin od 26 grudnia 2004 roku: